5.9.11

'Hanna' (2011)

Przychodzi taki czas, gdy po kolejnych bublowatych półprodukcjach (bazujących na śnieżnobiałych zębach McConaughey'a lub nieudanym życiu seksualnym blondynki o mentalności swego plastikowego odpowiednika znanej marki zabawkowej) sięga się do Czarnej Listy. Ta lista to zbiór scenariuszy, z których (gdyby społeczeństwo było ambitniejsze) kinematografia powinna czerpać garściami.
"Hanna" to powiew świeżości. Jest tak inna, ekscentryczna i nie-hollywoodzka, że aż dziw bierze, wciąż jest kinem akcji (z posmakiem Biopunku). Również przy tym kontrowersyjna i z pewnością nie spodoba się każdemu. Najpierw pogratuluję brytyjskiemu reżyserowi Joe'mu Wrightowi za tempo. Myśleliście, że szczytem sceny akcji jest posłać Bumblebee i Megatrona na zatłoczoną ulicę? Otóż nie, i nie potrzeba tu septylionów ruchomych części. Myśleliście, że Daft Punk w "TRON-ie" byli niezastąpieni ? Tutaj The Chemical Brothers wykonują podobną robotę. Myśleliście, że czarny charakter musi mieć macki na twarzy ? Nie musi, tutaj w drugim planie doskonali Tom Hollander i Cate Blanchett. Niezwykle inteligentne nawiązanie do baśni Braci Grimm, Ronan znów zaskakuje dojrzałością, Wright panuje nad każdą sceną. Przedzieramy się przez zaśnieżoną Finlandię, gorące Maroko, brudne niemieckie podwórka - zupełnie jak polskie osiedla - a wszystko to aby nasza bohaterka - Hanna, znalazła cel, do którego będzie mogła strzelić. I trafić w serce.