31.8.11

'Cowboys & Aliens' (2011)

"Kowboje i Obcy" są o wiele ambitniejsi niż wskazuje na to ich tytuł. Zdecydowanie bliżej im do "Prawdziwego męstwa" niż do "Marsjanie Atakują!"; a połączenie dwóch filmowych gatunków - wymarłego Westernu i popularnego Sci-Fi wychodzi jak się okazuje nadzwyczaj dobrze, wybudowany zostaje spójny świat w duchu filmów z Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem, z pełnokrwistymi bohaterami. I w nich leży największa siła "Cowboys and Aliens", każda z postaci pojawiających się na ekranie jest jakaś - Craig to wyklęty bohater z amnezją, Ford to z pozoru gruboskórny pułkownik, z którego popisującego się syna nie jest dumny, który pała niechęcią do Indian, Rockwell to niedoceniony barman, którego żona zostaje uprowadzona, uroda Wilde z pozoru nie pasuje do filmu (Quorra z "TRON Dziedzictwo"), lecz jej postać skrywa tajemnicę, która rozwieje owe obawy. Widać tutaj rękę Spielberga - pierwsze spotkanie z Obcymi rzeczywiście jest niesamowite (przypominają się "Bliskie spotkania 3-go Stopnia") jak i projekt samych kosmitów (hybryda Krewetek z "Dystryktu 9", kraba i obcego z "Cloverfield-a"). Jak to u Stevena jest obecny kudłaty pies, jest bystry dziecięcy bohater. Tempo nie zwalnia ani na chwilę, efekty realistyczne, a muzyka Harry'ego Gregsona-Williamsa warta zakupienia. Jak na ironię filmy, które miały się podobać zawiodły, a właśnie ten, który miał zawieść, udał się.


22.8.11

'Ghost Rider: The Spirit of Vengeance' (2011)

Cage z palącą się facjatą z fatalnego "Ghost Ridera" powinien spłonąć ze wstydu, a taśmę filmową powinny pochłonąć płomienie już w montażowni. A już myślałem, że przestroga, aby nie patrzyć za długo w ogień jest wyssana z palca. Oby "Spirit of Vengeance", bo o nim traktuję tym razem, był lepszy niż piekielne nieporozumienie z 2007 roku.


16.8.11

'Captain America: The First Avenger' (2011)

Wśród przygotowań widowni do przyszłorocznego "Avengers", tuż obok pierwszego "Iron Mana" Kapitan wypada na razie najlepiej, z pewnością lepiej niż "Thor". Dla widza, który nie zna tła historycznego komiksu, już sam tytuł może skutecznie odstraszyć. A niesłusznie. To pierwszy superbohater Marvel'a, którego Ameryka wykreowała ku podniesieniu morali narodu w trakcie II wojny światowej.
Film nie jest tak "amerykański", zgodnie ze stereotypem tego słowa, jakby się mogło wydawać. Walczący żołnierze nie giną tu na tle flagi Stanów Zjednoczonych z uśmiechem na ustach, że oddali życie za ojczyznę, jak to całkiem niedawno było widoczne podczas kolejnej inwazji na Los Angeles. Film ma sympatycznego bohatera (efekt "face replacement" przez pierwszą połowę filmu niesamowicie fotorealistyczny) dobrze oddanego przez Evansa, szczegółową stylizację (w końcu to lata '40) pełną wodewili, propagandy, pończoch, jazzu, gramofonów i skórzanych marynarek; to co robi scenografia, oddaje także soundtrack, ewidentnie stylizowany. Obsada to właściwie same gwiazdy, co jest dobrym zabiegiem aby oddać pozory autentyzmu, nadszarpniętego przez starsze wersje "Kapitana Ameryki", gdzie facet w niebieskiej pidżamie biegał po polu walki machając czerwono-niebieską tarczą zabijając Nazistów. I choć nie jest to film idealny (więcej motywacji i histori Red Skulla proszę), to z pewnością powrócę do niego za jakiś czas.