7.12.10

'Dogville' (2003)

Nie boję się użyć stwierdzenia, że Lars von Trier stworzył film wybitny. Poczucia tak doskonale skrojonego scenariusza nie miewałem często, mógłbym je porównać do pierwszego odbioru "Mechanicznej Pomarańczy" Kubricka czy bardziej mainstreamowych "Bękartów Wojny" Tarantino. "Dogville" hipnotyzuje i wciąga odbiorcę niczym misternie skonstruowana intryga autorstwa Dostojewskiego w świat z pozoru utopijnego miasteczka - Dogville i idealisty Toma (świetny Bettany), który chcąc udowodnić tezę, iż mieszkańcy są zdolni do akceptacji, namawia ich, aby młoda uciekinierka (Kidman) została współmieszkańcem wioski.
"Dogville" nie jest "filmem" w pełnym tego słowa znaczeniu, "Dogville" wygląda niczym zdokumentalizowana próba teatralna ze szczątkową scenografią (zamiast np. krzewów z agrestem widzimy jedynie napis na scenie "krzewy z agrestem"). Film wodzi widza za nos; za każdym razem kiedy w głowach zaakceptujemy pewne fakty i hierarchię wartości miasteczka, Trier potrząsa naszym światopoglądem. Gdyby ten film był dziełem sztuki, byłby dziełem konceptualnym. A mniej, tutaj znaczy więcej.