19.7.11

"Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 2" (2011)

Stało się. Po 10 latach filmowa seria o "Chłopcu, Który Przeżył" zakończyła się. Definitywnie. Ale czy to najlepszy Potter, pomimo wszelkich zapewnień ? No cóż, nie do końca.
"Insygnia Śmierci: Część 2" ujawniły wszystkie mankamenty i niedociągnięcia wcześniejszych filmowych adaptacji. To na co wcześniej można było przymknąć oko, tutaj zawodzi; sceny, które zbyt zamaszystą ręką scenarzysty Stevena Klovesa zostawały przekreślane w kolejnych skryptach od 2001 roku, tutaj próbują nadrobić zaległości i spójnie zamknąć tą jedną, wielką historię. Powiem szczerze, "Insygnia Śmierci: Część 1" Yatesa i "Więzień Azkabanu" Cuarona zrobiły na mnie największe wrażenie, choć idąc do kina, pewien byłem, iż zakończenie będzie spektakularne. Choć i tu nie brak jednych z najlepszych momentów wśród wszystkich 8 filmów (oczekiwane wspomnienia Snape'a, doskonały epilog (charakteryzacja !), albo "Ten" moment Neville'a. Ale zabrakło pogłębienia psychologii postaci, obecnej w powieści, obecnej również w pierwszej części Insygniów. Brakowało tych mniejszych, bardziej poetyckich momentów, a te oczekiwane często przybierały inną postać, często godzącą w sens świata wykreowanego przez autorkę (Ron nie był Wężoustym, słowa tej mowy nie były dla niego zrozumiałe. Pani Weasley nie opłakuje zmarłego syna? ).
Bitwa o Hogwart - sceny pędzą aby dotrzeć do tego momentu, lecz i tu za mało histerii, za mało paniki, jako widz nie odczułem strat kolejnych trupów ścielących się na ekranie, zbędne elementy humorystyczne. Voldemort zbyt rozkrzyczany, za mało wyrachowany, to nie ten sam Tom Riddle, znany z książek (choć świetne przemówienie tuż po bitwie). Odczułem niedosyt nabożnego uwielbienia twórców, które cechowało Jacksonowski "Powrót Króla", pomimo potencjału książki i fabuły. Ale wybaczam pomniejsze błędy ciesząc się finałem serii, której byłem fanem przez 11 lat i zapraszam do kin, oczywiście na seans z napisami.